16 stycznia 2012

Lot był całkiem przyjemny. Samolot Warszawa-Frankfurt bez problemu nadrobił swoje półgodzinne opóźnienie w czasie lotu, więc spokojnie zdążyłam na lot do Nagoyi. Drugi samolot był bardzo duży i prawie dwupiętrowy – na dole były toalety. Pół samolotu było puste co dawało możliwość niektórym pasażerom spanie na 2, 3 lub 4 fotelach, na co ja również się załapałam. Na temat jedzenia nie mam zbyt wiele do powiedzenia, gdyż nie pozostał mi wybór -  dostałam ostrogonow z gotowanym groszkiem, marchewką i ryżem na sypko.
Moja podróż nie kończyła się w Nagoyi, po przejściu odprawy paszportowej czekałam mnie jeszcze prawie 3-godzinna podróż z wieloma przesiadkami (lotnisko-Nagoya-Gifu-Ogaki-Maibara-Nagahama) aż do Nagahamy. Tam na stacje wyjechała po mnie Hiromi, koleżanka z pracy.
Z pracy miałyśmy jechać od razu załatwiać najpierw kartę obcokrajowca a potem inne niezbędne rzeczy, ale w między czasie inny pracownik firmy zabrał służbowy samochód (z moją walizką w środku) i pojechał załatwiać jakieś tam sprawy. W związku z powyższym odwróciłyśmy kolejność załatwiania spraw, najpierw sklep z urządzeniami elektrycznymi, a potem dokumenty i cała reszta, która jest do zrobienia w innym mieście.
Pojechałyśmy samochodem Hiromi do K’s i od razu kupiłam wszystko co jest mi potrzebne teraz: lodówkę, pralkę, prostownicę do włosów, palnik i modem. Przy tym ostatnim pojawił się pierwszy problem, do założenia Internetu musisz mieć koniecznie numer telefonu. Jako, że takiego chwilowo jeszcze nie posiadam, Internet musi niestety zaczekać. Całą resztę panowie przyjdą i zainstalują w niedziele rano.
Kolejnym przystankiem był sklep z pieczątkami. W Japonii zamiast podpisu wszystko załatwia się stawiając swoją osobistą pieczątkę, więc mi także jest taka potrzebna, chociażby do otworzenia konta w banku. Będę miała jeszcze drugą, służbową.
W między czasie zwolnił się samochód firmowy, więc wróciłyśmy jak najszybciej do firmy i po zapakowaniu moich rzeczy  (10 pudeł i materac) pojechałyśmy do miasta obok, Hikone, gdzie będę mieszkać. W urzędzie miasta prawie w ostatniej chwili udało mi się zarejestrować, ale na kartę obcokrajowca muszę poczekać 2 tygodnie. W zamian dostałam papier poświadczający, że na taką kartę czekam.
Następnym przystankiem był moje mieszkanie. Mieści się ono na 9 piętrze w bloku zaraz przy głównej drodze w samym centrum miasta. Jest to pokój z kuchnią (oddzielna drzwiami suwanymi na całą szerokość pokoju) oraz łazienką, toaletą i przedpokojem - w sumie 29m2. Problemem jak na razie jest tylko niezbyt przyjemny zapach z łazienki i toalety. Myślałam, że to z powodu nieużywania woda śmierdzi, ale niestety zapach się utrzymuje. Ktoś ma jakiś pomysł?
Po wniesieniu rzeczy do mieszkania i krótkiej pogawędce z panem od gazu pojechałyśmy do Nitoru, sklepu z artykułami do mieszkania. Stamtąd priorytetem była ciepła kołdra i gruby koc, ale oczywiście na tym się nie skończyło. Spełniło się moje marzenie – kupiłam kotatsu (stolik, który od spodu na grzejnik, a między blatem a grzejnikiem pled, pod który wchodzisz i się grzejesz. Rewelacja! Zamówiłam także łóżko, które przyjedzenie niestety dopiero w niedziele za tydzień (na razie śpię na cienkim materacu, który mam z poprzedniej wizyty, nie jest zimno, ale jest twardo). Na koniec zostało pled i dywan pod kotatsu (w sklepie, gdzie kupiłam kotatsu te ładne były już wyprzedane) i komóra. Z telefonem niestety okazał się problem – do podpisania umowy potrzebna jest karta obcokrajowca (mój papier, który otrzymałam w zamian się nie nadaje, bo nie ma w nim wpisanego adresu, ale jutro pójdę do urzędu by mi wymienili) i konto w banku, a konta mieć nie mogę, bo nie mam pieczątki jeszcze.
Tak więc końcem końców siedzę w pokoju be telefonu i Internetu i myślę, że to cud, ze mi się udało wynająć mieszkanie! Jest już prawie 7 rana (zaczęłam pisać o 5) i oczywiście nie mogę spać, więc piszę. Po śniadaniu pojadę kupić rower i poszukać jakiegoś wi-fi. Powinni mieć w Starbucksie, ale nie wiem jak tam samej trafić. Z nikim ze znajomych się jeszcze nie widziałam, bo nawet nie mam się jak z nimi skontaktować.
24 listopada 2011
Od mojego powrotu do Polski minęły już ponad 3 miesiące. Według pierwotnego planu, o którym tutaj nie pisałam, pod koniec października miałam być z powrotem w Japonii. W jaki sposób? Firma, w której odbywałam praktykę zaoferowała mi stanowisko pracy, więc, jak tylko sprawy wizowe zostaną załatwione, miałam jechać. Sytuacja oczywiście się skomplikowała, bo w Biurze ds imigracji w Osace odmówiono "certificate of eligibility", dokumentu, który jest niezbędny by później we własnym kraju otrzymać wizę. Na szczęście mój kochany i nieugięty szef walczył o mnie dalej, wynajął prawnika, który zajmuje się pisaniem i składaniem takich wniosków co, po długich dniach wypełnionych czekaniem na decyzję, zaowocowało sukcesem - dostałam niezbędne dokumenty! Teraz czekają one, aż złożę je wraz z paszportem w Ambasadzie Japonii. Jak będzie bliżej wyjazdu, to napiszę więcej szczegółów dotyczących mojego wyjazdu.

Co w takim razie porabiałam przez te 3 miesiące? Na początku września, w przerwie pomiędzy turne po Europie a praktykami we Wrocławiu odwiedził mnie Seiji. W ostatnim tygodniu września na letnie wakacje wpadli Peter i Tomi. Mieliśmy kupę zabawy zwiedzając Warszawę i Kraków. Później kolejna wizyta Seiji'ego i tak jakoś ten czas spłynął. Za niecałe 2 tygodnie jest za to JLPT, czyli certyfikat z języka japońskiego. Wszystkim zadającym życzę powodzenia i proszę też o trzymanie kciuków za mnie!
28 lipca 2011
Od maja regularnie uczeszczam na miejscowa silownie (jest jedna na cale miasto, ale za to duza i nowoczesna). Majac wczesniejsze doswiadczenia z kilkoma polskimi silowniami zdziwilo mnie to, co zostalam w japonskiej.
Zaczynajac od samego poczatku, czyli od zapisania sie. Przystapienie w Japonii do jakigokolwiek osrodka sportowego nie jest tanie, gdyz wymagane jest wpisowe. Cena wacha sie od 8 tys. jenow az do 10 tys. jenow. Tutaj na szczescie z pomoca przyszla mi kolezanka z pracy, ktora jako czloniki mogla mnie polecic i oplata zostala zredukowana do okolo 5 tysiecy. Nastepnymi kosztami byl abonament w wysokosci ok. 6 tysiecy (znizka studencka) oraz bilet wstepu (tak, sam karnet nie wystarczy!) 210 jenow przy kazdym wejsciu lub 2100 za karte wolnego wstepu na miesiac.
Po przystapieniu zostalam dokladnie zmierzono mnie, zwazono, obliczono specjalnym urzadzeniem mase tluszczu i mase miesni w ciele, ulozono mi plan kaloryczny posilkow i zestaw cwiczen (z ktorych i tak nie korzystam ;)). Dostalam takze aktowke ze wszystkimi informacjami oraz z tabelka, w ktora przed i po treningu mam wpisywac zmierzone cisnienie i wage (czego oczywiscie nie robie ;)).
Nastepnie oprowadzono mnie po obiekcie. Sala do cwiczen wyglada mniej wiecej tak samo jak u nas, z wyjatkiem maszyny, na ktorej sie siedzi jak w siodle i cwiczy miesnie ud (w zamian za maszyne przypominajaca fotel ginekologiczny cwiczaca przywodziciele i odwodziciele). Na sali organizowane sa kilka razy dziennie mini treningi, np. trening brzucha. To wszystko wraz z przysznicami znaujde sie na pierwszym pietrze. Tutaj chce sie jednak zatrzymac na chwile i wspomniec o samej szatni.
Po wejsciu do szatni mamy szafke na buty (nic odkrywczego, jesli chodzi o Japonie). Dalej juz tylko na bosaka do szafek na kluczyk. W szatni mamy takze umywalki (a tam darmowe kosmetyki: plyn do demakijazu, tonik, mleczko oraz waciki, paleczki do uszu i zdezynfekowane grzebienie), maszyne do wyciskania mokrych ubran (gdyz w kompleksie znajduje sie takze basen), jednorazowe torby foliowe na mokre/brudne ubrania oraz oczywiscie prysznice. Kabin prysznicowe sa zamykane i daja wiecej intymnosci niz te u nas, o dziwo. Bardzo mnie jednak dziwil fakt, ze w kraju, w ktorym nagosc nie jest tematem tabu, a ojciec z corka moga sie kapac w jednej wannie nawet corka juz dawno ma za soba skonczony wiek pokwitania, kobiety na silowni po wyjsciu spod przysznica okrywaja sie szczelnie, od stop do glow, wielgasnym recznikiem, a potem czynia jakies wygibasy by ubraz sie tak, by chociaz kawalek ciala nie ukazal sie oczom obecnych w przebieralni innym kobietom. Nie zdziwilo by mnie to w Polsce, ani w zadnym innym europejskim kraju, ale mowa o Japonii, gdzie tradycja sa gorace zrodla (onsen), w ktorych w jednej sali myja sie i kapia (a nawet myja sobie nawzajem plecy!!) obcy ludzie i to calkiem nadzy bez krztyny zarzenowania czy wstydu. Zaciekawiona tym faktem zapytalam kolezanki, co jest podstawa takiego zachowania, bo przeciez nie wstyd. Odpowiedz otrzymalam w iscie japonskim stylu: bo to jest silownia, a nie onsen!
Zostawmy jednak ten temat i wrocimy do samej silowni, a dokladnie na jej parter. Mamy tam toalety, recepcje i sale fitness. Ja, oczywiscie zamiast cwiczyc, chodze na rozne zajecia. W poniedzialki na street dance z bardzo smiesznym instruktorem (nie tyle nawet smiesznym co kawaii), w srody na hip-hop, ktory mi bardziej niewychodzi niz wychodzi, a w piatki na step. Do tego czasami zajecia w sobote (baleton – cwiczenia baletowe w rytm muzyki z areobiku, czyli masakra – lub matrial arts, sztuki walki khe khe). I wszystko by bylo fajnie i pieknie, gdybym we wtorek nie poszla na zumbe. To, co sie dzialo na zajeciach przeszlo moje najsmielsze oczekiwania i zburzylo resztki stereotypow dotyczacych Japonczykow. Nigdy nie bylam na zajeciach z Zumby, ale wyobrazalam sobie je jako areaobik taneczny do muzyki latino. Na sali fitness zastalam przede wszystkim tlum ludzi (nie tylko kobiety) w roznym wieku i w roznych strojach (jedna z Japonek, lat na oko 30+, miala kapelusz, kamizelke, spodniczke mini i biale rekawiczki...). Zajecia prowadzila nijaka Kyathy, z twarzy Japonka, z ubioru i zachowania juz nie. Zumba przypominala mieszanke ukladow, ktore tanczy sie w Polsce na imprezach salsowych (proste ruchy w sekwencjach, ktore wszyscy powtarzaja po prowadzacym) oraz polskiego wesela (tanczenie pod reke w parach!?). Jednak to co mnie zdziwilo to fakt, jak wspaniale Japonczycy sie bawili. Nie jest tajemnica, ze Japonczykom po wypiciu puszczaja hamulce i inne spoleczno-socjalne petna. Tam, na tej sali nie bylo jednak ani alkoholu ani zadnego innego „dopalacza” poza muzyka, a wszyscy nie tylko z usmiechem, ale i spiewem i krzykiem („wooohoooo”, „yaaaahoooo” itd.) wysmienicie sie bawili! Po zadnych innych zajeciach nie czulam sie tak zadowolona i szczesliwa jak po tej zumbie.
Szczerze mowiac do tej pory nie moge uwierzyc co widzialam i co robilam. Czulam sie, jak wsrod normalnych, potrafiacych sie bawic ludzi! Byc moze to wlasnie jest prawdziwe oblicze Japonczykow, tylko potrzebny jest wodzirej, ktos, kto porwie za soba tlum zmeczonych praca i zyciem salariimanow i gospodyn domowych.
19 lipca 2011
Wczoraj zakonczyl sie dlugi weekend (3 dni wolnego z okaji poniedzialkowego dnia morza). Wiele sie dzialo przez ten czas i z czystym sumieniem moge przyznac, ze bawilam sie wysmienicie.
Piatek
Takahiro zabral mnie na zebranie AIESECu. Po zebraniu wybralismy sie do Izakayi (restauracji, do ktorej idzie sie z kumplami by zjesc i sie napic). Poszlismy do miejsca, gdzie juz wczesniej bylam ze znajomymi z pracy, i ktore specjalizuje sie w daniach okonomiyaki (cos ala nasze omlety). Zamowilismy rozne rodzaje okonomiyaki (miks z miesem i owocami morza, z wieprzowina, ze szczypiorkiem i wolowiona – moj ulubiony i z serem), ktore nastepnie sami sobie usamzylismy na specjalnym stole z blatem.


Na koniec byly jeszcze hot cakes (amerykanskie grube nalesniki) do wyboru w 3 smakach: zwykle, z bita smietana i cynamonem lub z bita smietana i slodka fasola azuki. Oczywiscie nalesniki rowniez do samodzielnego usmazenia.

Sobota
W sobote wybralismy sie tlumnie do Kyoto na fesitwal Gion. Czesc dziewczyn, w tym ja, zalozyla yukaty (letnia wersja kimona). Bylo naprawde bardzo, bardzo, bardzo duzo ludzi. Nie wzielam ze soba aparatu, ale postaram sie poszukac jakis zdjec w sieci. Kazdemu japonskiemu festiwalowi towarzysza stoiska z jedzeniem zwane yatai. W Kyoto tradycyjnie krolowaly stoiska sprzedajace kruszony lod z syropem owocowym zwany, owoce/warzywa na patyku, yakisoba (smazony makaron), karaage (kawalki kurczaka w ciescie smazone na glebokim tluszczu) i inne. Bawilismy sie swietnie, choc bylo troche goraco. Tradycyjnie zrobilismy purikure (zdjecia zrobione w automacie), ktora jest do obejrzenia na fejsbuku.

Niedziela
Pierwotnym planem na niedziele miala byc wycieczka do Fujikyu, olbrzymiego parku rozrywki u stop gory Fuji. Plany z wielu powodow ulegly zmianie i wraz z Yukawa i Hiromi wyruszylismy rano w przeciwnym kierunku, do Osaki. Po podrozy pelnej spiewow i wyglupow dotarlismy do Universal Studios Japan. Na miejscu okazalo sie, ze jest: a) bardzo, bardzo goraco, b) bardzo, bardzo tloczno, c) do kazdej atrakcji trzeba czekac bardzo, bardzo dlugo. W zwiazku z tym udalo nam sie 2 razy przejechac na roller coasterze (czas oczekiwania okolo 40 min), zobaczyc atrakcje ze spidermanem (czas czekania powyzej 60 min) i back to the future (50 min). Zjedlismy takze prawdziwie „amerykanski” obiad, szkoda tylko, ze do mojej wersji kurczaka z pieczywem jedna z bulek byla o smaku zielonej herbaty. ;)
Zmeczeni, spoceni i brudni, po wyjsciu z USJ udalismy sie do centrum Osaki (na ulice Nowy Swiat) na kolacje. Yukawa zabral nas do knajpy, ktora slynnie z osaczanskiej specjalnosci, kushikatsuya. Kushikatsu to wieprzowina w panierce (katsu) nadziana na patyk (kushi). Takie mieso macza sie w sosie (umoczyc mozna tylko raz, przed wlozeniem do buzi, poniewaz sos nie jest zbyt czesto wymieniany) i zjada. Oprocz miesa serwuja roznego rodzaju ryby i warzywa, wszystko w panierce i smazone na glebokim tluszczu. Tego wieczora zjadlam: wieprzowine, pomidory 2x, dynie, ziemniaka, slodkiego ziemniaka, konnyaku (zwane jezykiem diabla), cebule, dymke i jeszcze cos o czym teraz nie pamietam. Tak sie wszyscy obiadlismy, ze zamiast wyjsc. wytoczylismy sie z knajpy. Do Nagahamy wrocilismy mocno po polnocy.

Poniedzialek
W dzien morza bylo wolne od pracy, wiec zorganizowalismy sobie wieczor polski – zrobilismy z Grzesiem placki ziemniaczane dla naszych japonskich znajomych. Wyszly, o dziwo, smaczne (na pewno lepsze od tych, ktore robilam w Polsce) i co jeszcze dziwniejsze, smakowaly Japonczykom! Do tego podalismy zurek w postaci goracych kubkow, kapuste kiszona (w prawdzie niemiecka, ale smak podobny) i slodycze: budyn, torcik wedlowski, michaszki w wersji w bialej czekoladzie i wafelki o smaku orzechowym.
Nastepny weekend, chociaz niestety bardzo krotki, zapowiada sie rowniez udanie. Zaczyna sie ciag imprez pozegnalnych - kazdy robi oddzielna: mlodzi pracownicy z biura, pracownicy z biura bez szefa, pracownicy z biura z szefem i AIESECowcy.
13 lipca 2011
Obon, japonskie swieto zmarlych, zbliza sie wielkimi krokami. W zaleznosci od regionu swieto obchodzi sie w polowie lipca lub w polowie sierpnia. Zamiast zajmowac sie samym swietem, chcialabym jednak napisac o tym, co sie dzieje na okolo swieta, czyli o prezentach お中元 (ochūgen). Nie chodzi mi tutaj o takie prezenty, jakie znamy z naszego Bozego Narodzenia, a prezenty, ktore otrzymuja firmy (lub dalecy krewni itd.) od siebie na wzajem w ramach podziekowan za wspolprace i dobre stosunki. W mojej firmie stoi juz z 8 wielkich paczek, ktore bezposrednio przed swietem zmarlych zostana rozdane pracownikom droga losowania. Nie mam pojecia, czy taka sama sytuacja jest w innych firmach, ale sprobuje w temacie troche poweszyc.


Niezwykle jest takze to, ze moja firma sama nie wysyla zadnych prezentow z powodu upodoban szefa.
Przejdzmy teraz do czegos bardziej interesujacego. Co mozna znalesc w srodku takiej paczki? Przewaznie alkohol, kawe i herbate. Rzadkoscia sa slodycze (udalo nam sie z kolezankami zlokalizowac tylko jedna paczke ze slodkosciami, ktora otworzywszy natychmiast spalaszowalysmy ;)) czy owoce. Dostalismy takze, ku mojemu wielkiem zdziwieniu, reczniczki (od firmy, u ktorej zawsze zamawiamy taksowki) i wachlarze papierowe.


Kto wylosuje paczki - tego sie nie dowiem, bo mnie juz wtedy w firmie nie bedzie. Ale dodawszy do tego paczke winogron (ktora otrzyma kazdy pracownik) pare osob wroci do domu na swieta zadowolony.