16 listopada 2015
UWAGA!! Konkurs przedłużony do 15 grudnia!!

Szczegóły konkursu na końcu postu.

Do "Dzienników japońskich" Piotra Milewskiego zabrałam się z dużą ochotą. Podczas mojego pobytu w Japonii, z powodu trudnego dostępu do literatury w języku polskim (chociaż raz udało mi się znaleźć haiku po polsku w japońskim sklepie z używanymi książkami!) miałam okazję przeczytać jedynie dwie pozycje traktujące o Japonii. Jedną pochłonełam, na drugiej się zawiodłam (i o dziwo bardziej pamiętam tą, na której się zawiodłam), więc tym razem oczekiwałam książki pełnej niesamowitych przygód. W końcu autor jeździł autostopem po Japonii, zrobił coś, co nie każdy z nas, a przynajmniej ja nie, miał by odwagę zrobić.

Zaczęło się interesująco. Długie plastyczne opisy przypomniały mi za co tak naprawdę niecierpię japońskiego lata. I to, że tak naprawdę można się do tego chociaż trochę  przezwyczaić po kilkuletnim pobycie.


Upał. I wilgoć. Wilgoć taka, że w niektóre wieczory można ją ujrzeć. Szarzeje i ciemnieje wraz z nadejściem nocy, lecz tak długo jak jest, nigdy nie ustępuje miejsca czerni. Rozlewa się po mieście jak rzadka solanka, z której przechodnie wynurzają się niczym zjawy. Wciska się w każdy kąt i szczelinę. Rozprasza światła ulicznych latarni, neonów i szyldów. Rozmazuje kształty, wygina kontury, zaokrągla krawędzie. Zakrzywia horyzont. Świat rozpływa się, drga i faluje. Dźwięki rezonują i dzielą się na ledwo słyszalne echa. Odległości nie sposób ustalić. Wszystko wydaje się dalsze, niż jest. Gdy temperatura przekracza trzydzieści stopni Celsjusza, ciało zwalnia i człowiek traci ochotę, by wyściubić nos za próg. Gdy podnosi się o pięć kolejnych kresek, odechciewa się żyć. 

Opis Tokyo, od którego autor zaczął swoją przygodę, a zwłaszcza dzielnicy Ebara machi, jednocześnie mi się dłużył i mnie wciągał. Byłam pod wrażeniem, jak mimo słabej znajomości japońskiego autorowi udało się nawiązać znajomości z mieszkańcami. Ja przez trzy lata mieszkając w Hikone nie poznałam moich sąsiadów. Zdziwiło mnie także, dlaczego poświęcono Tokyo tak wiele czasu. Nie lubię i nigdy nie lubiłam tego molocha. Zadziwia mnie i jedocześnie odpycha swoją ciasnątą i betonem. Ze zniecierpliwieniem czekałam na rozdział, w którym autor wreszcie miał zacząć swoją podróż i gdy nadszedł ten moment, połykałam każdą stronę, którą poświęcał miejscom tak dobrze mi znanym. Plastyczne opisy przenosiły mnie w świat moich własnych wspomnień, a gdy doszłam do fragmentu poświęconego Hikone, nostaligiczna łezka zakręciła mi się wokół oka.

Hikone przypominało dojrzałego mężczyznę w ciele dobrze zbudowanego uczniaka. Miasteczko było kompaktowe, jakby nie zdążyło załapać się na boom budowlany i zanim wkroczyli tu deweloperzy, dobra koniunktura się wyczerpała. Budynki, aleje, komisariaty policji i skwery miały nieduże rozmiary, mniejsze niż w innych miastach. Ale może to były właśnie te właściwe proporcje, zaburzone gdzie indziej przez megalomanię i ambicje samorządowców, proporcje, dzięki którym spacer uliczkami miasta nie męczył i łatwo można było znów odnaleźć właściwą drogę. Wystarczyło wejść na środek ulicy i porozglądać się dookoła, poszukując jakiegoś charakterystycznego punktu – szyldu wypożyczalni wideo czy neonu salonu gier – by odnaleźć się w przestrzeni. Z pewnością przyjemniej się tu żyło niż w wielkich metropoliach. Mniejsze odległości pozwalały na wolniejsze tempo.
Druga połowa książki nie była dla mnie już tak interesująca. Ciągłe wspominanie o braku funduszu (wydaje mi się bardzo nieodpowiedzialne jechać do Japonii, skoro budżet nie starczy nawet na jedzenie), kolejne historyczne notki i opisy nieznanych mi miejsc, które tak szybko znikały z mojej pamięci jak się w niej pojawiały. Wszelkie erotyczne wstawki o udach kobiet i ich dotykaniu może podobają się męskiej części czytelników, ale mnie zwyczajnie zniesmaczyły i wydały mi się nie na miejscu. Miałam też silne zastrzeżenia co do fragmentu, w którym autor próbuje znaleźć pracę na czarno by podreperować swój budżet. Nigdy, przenigdy, nie bierzcie z niego przykładu. O ile pracę na czarno w Japonii dostać można, są to miejsca bardzo podejrzane, a w wypadku donosu na policje, grożą bardzo nieprzyjemne konsekwencje jak japoński areszt na ponad 3 tygodnie oraz powrót do domu z wilczym biletem i zakazem ponownego wjazdu do kraju!
Zastanawiała mnie także trasa, którą obrał autor. Było lato, gorąco, więc rozsądnym było by udać się na północ, która również obfituje w piękne miejsca, zaczynając chociażby na sławnym Nikko, a nie na południe.

Część druga książki, "Zapiski z roku konia", podobała mi się dużo bardziej. Zwłaszcza fragment o pobycie w klasztorze buddyjskim, któremu niestety nie poświęcono tyle czasu i miejsca ile bym chciała.


Wkrótce oswoiłem się z klasztornym życiem. Odtąd dni płynęły jeden za drugim, w ustalonym, stałym rytmie: pobudka o czwartej rano, gdy na dworze wciąż jeszcze panował zmrok, pierwsza sesja medytacyjna, recytacja sutr, porządki, śniadanie, wyjście mnichów do miasta, by gromadzić datki (zostałem z tego zwolniony), południowa sesja medytacyjna, obiad, prace porządkowe, wieczorna sesja medytacyjna, sen. 

Podsumowując.

W książe podobało mi się:
-plastyczne opisy
-pierwsza połowa książki
-opis pobytu w klasztorze buddyjskim

W książe NIE podobało mi się:
-głodowanie i ciągłe ciułanie każdego jena
-wszelkie seksulanie odniesienia
-monotonia po pewnym czasie czytania

Jednak sięgjąc po tą książkę należy pamietać jednak, że są to zapiski z podróży. I o tym właśnie będzie - należy się spodziewać opisów miejsc odwiedzonych przez autora, notek historycznych i od czasu do czasu jakiś przygód. A jakich? To już musicie przeczytać sami.

KONKURS
Dla wszystkich tych, którzy przegapili konkursy na innych blogach, ma dobre wieści. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak mam dwa egzemplarze "Dzienników japońskich" do rozdania. Żeby wziąć udział w konkursie, należy:
1. Polubić moją stronę na fejsbuku
2. Odpowiedzieć na pytanie konkursowe w komentarzu do tej notki do 30 listopada.

Dwoje zwyciezców zostanie wyłonionych przez jury złożonego z mojej mamy, brata i mnie. Jedynie komentarze dodane przed 30 listopada wezmą udział w konkursie. Ogłoszenie zwycięzców odbędzie się w tydzień po zakończeniu konkursu (chyba, że siła wyższa, tj. mój stan zdrowia, zdecyduje inaczej).

Pytanie konkursowe
Jakiej japońskiej tradycyjnej sztuki chciałbyś/chciałabyś się nauczyć i dlaczego?
18 sierpnia 2015
Zmieniłam nazwisko. Uff.
W Japonii, dla japończyków, sprawa jest prosta. Wraz z zawarciem małżeństwa kobieta automatycznie zmienia nazwisko na nazwisko męża i zostaje wpisana do jego rejestru rodzinnego (戸籍謄本, koseki tōhon). Nie ma dylematów, czy zostać przy swoim, czy może wybrać nazwisko dwuczłonowe. W niewielkim procencie przypadków to mąż zmienia nazwisko na nazwisko żony. Taka sytuacja ma miejsce wtedy, gdy w rodzinie żony nie ma męskiego potomka, a nazwisko jest nazwiskiem rodowym. Jednak w przypadku rodziny Lubego, mimo poważanego nazwiska ze strony matki (w dodatku córki-jedynaczki), postąpiono w tradycyjny sposób.
I tak, moje polskie, szlachetne nazwisko zmieniłam na japońskie, nieszlachetne, a wręcz pospolite. Oczywiście miałam dużo wątpliwości w tym temacie. Obcokrajowcy w Japonii rządzą się trochę innymi prawami i mają większą swobodę co do zmiany. Zostatnie przy polskim nazwisku, podczas mieszkania w Japonii było by czymś karkołomnym. Ile to już razy, podczas zaledwie trzech lat tam spędzonych, moje nazwisko pomylono, zapisano lub wymówiono błędnie. Jego wymowa jest na tyle skomplikowana dla japończyków, że zaczęłam się posługiwać dużo krótszym i prostszym imieniem. 
Drugim wyjściem z sytuacji, które rozważałam, było nazwisko dwuczłonowe. Sytuacja była by o tyle prostsza, że mogłabym zarejestrować osobistą pieczątkę (w Japonii posługujemy się pieczątkami, a nie podpisami) na japońską część nazwiska. Jednak tutaj sprzeciw wyraził Luby, który wielce się obruszył, że jak to nie chce przyjąć (wyłącznie) jego nazwiska. I cóż mi pozostało?
I w ten sposób, po rejestracji ślubu w urzędzie, udaliśmy się jakiś czas później (na początku grudnia) do Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w celu rejestracji małżeńśtwa w Polsce. Po wypełnieniu masy papierów udało nam się pomyślnie wypełnić zadanie. Ambasada RP miała przetłumaczyć nasz japoński akt ślubu i wysłać go bezpośrednio do USC. Tłumaczenie: 2 tygodnie oczekiwania, wysyłka kolejne 2 tygodnie. Po Nowym Roku przesyłka dotarła do Polski i oczywiście utknęła w urzędzie. Tam, bagatela, zarejestrowanie ślubu zajęło im miesiąc, w związku z czym date na polskim akcie ślubu mamy z początku lutego. Akt ten został wysłany do mojego przedstawiciela w Polsce (w tym przypadku, mojej mamy) i już, miałam zmienione nazwisko. Problem w tym, że było ono zmienione jedynie w Polsce. W Japonii, jak i w Stanach, do których w między czasie wyjechaliśmy, cały czas posługiwałam się nazwiskiem w paszporcie, panieńskim. Następnym krokiem była oczywiście wymiana tego dokumentu. Kto to próbował zrobić za granicą, wie, jaka jest to bolączka. Pół biedy, jeśli mieszka się blisko lub w mieście z konsulatem/ambasadą. W naszym przypadku najbliższy konsulat była położony 4,5 godziny jazdy samochodem i otwarty jedynie w dni powszedne. 
Na szczęście, w mieście, w którym mieszkamy działa konsul honorowy. Myślałam, że jestem uratowana, ale po krótkiej rozmowie okazało się, że wnioski o paszport przyjmują jedynie 1-2 razy do roku. I najbliższy termin będzie w czerwcu.
Można by pomyśleć, że historia dobiega końca, ale jest wręcz przeciwnie. Paszport z nowym nazwiskiem udało mi się wyrobić (w czerwcu). Nowy dokument dostałam do ręki w sierpniu. Szkopuł w tym, że w starym paszporcie mam wizę do Stanów Zjednoczonych. Ponadto z nazwiskiem panieńskim funkcjonuje już ponad pół roku, więc wszystkie konta bankowe, ubezpieczenia, emerytury itp. są zarejestrowane na te nazwisko. Nie wspominając o wizie japońskiej i tamtejszych sprawach. Kocioł straszny. 




Poza tym nasza dwójka i pół ma się dobrze. W między czasie walczenia z różnymi dokumentami próbuje napisać recenzje Dzienników japońskich. Trzymajcie się ciepło (albo raczej chłodno)!
22 lipca 2015
Miały być posty i nie było. I kiedy będą, nie wiem. Kompletnie mam głowę w czym innym. Od powrotu z naszej podróży poślubnej wróciłam do zajmowania się domem, do tego próbuje rozwikłać zawiłości podatkowe w Stanach na podstawie umów międzynarodowych. Arggghhhhh.....



Poza tym myśli zaprzątają mi jeszcze jedna kwestia. Tadadadam. W listopadzie do naszej dwuosobowej rodziny dołączy mały pomarszczony alien! I nie, nie będzie to pies.
Dlatego przepraszam za braki na blogu i zapowiedzane, ale nieopublikowane do tej pory posty. Nie zdziwcie się także, jak czasami w zamian nich pojawia się dzieciowe lub ciążowe posty.

Mogę jednak oznajmić, że dzięki wydawnictwu Znak mam do rozdzania dwa egzemplarze "Dzienników japońskich". Konkurs odpędzie się wraz z publikacją recenzji (książke właśnie kończę czytać), więc wszyscy ci, co przegapili konkursy na innych blogach, zapraszam do mnie!

Trzymajcie się chłodno! U nas od miesiąca ponad 30 stopnii, ale Luby mówi, że to i tak nic w porównaniu z japońskim latem!



10 czerwca 2015
Życie w Stanach jest zupełnie inne niż w Japonii. Różnica jest duża, i mam wrażenie, że to Luby, mimo że mieszkał tu kiedyś trzy lata, bardziej przeżywa tą zmianę niż ja. W końcu Polska bardziej podobna do Ameryki niż do Japonii. Ale są rzeczy w Japonii, za którymi bardzo tęsknie i niestety nie da się ich tutaj zastąpić.

1. Poczucie bezpieczeństwa
Kto był w Japonii, ten na pewno zauważył, jak bezpieczny jest to kraj. Nie mam na myśli tutaj zakazu posiadania broni czy napadów i włamań, ale to, że idą ulicą możesz mieć torebkę przekręconą na plecy i nie martwić się, że ktoś wyciągnie z niej komórke. Albo fakt, że idąc do restuaracji, zostawiasz portfel, komórkę na siedzeniu i idziesz wybrać sobie coś do jedzenia/picia lub do toalety. Nie musisz się martwić czy zamknąłeś na klucz drzwi/okna przed wyjściem z domu. Luby do tej pory ma zwyczaj zostawiania laptopów/tabletów na siedzeniu i nie zamykanie samochodu. Oj, muszę go pilnować.


2. Magiczne zaułki
Poruszając się po Hikone rowerem nie raz zdarzyło mi się wybrać inna drogę niż zwykle. Powód? Nie raz między budynkami można znaleźć magiczne miejsce - malutką kapliczkę shintoistyczną, gdzie miejscowi zapalają świeczki, tradycyjny drewniany dom z pięknym ogrodem czy stare drzewo, które mimo swoich lat wciąż co roku przepięknie zakwita. W każdym japońskim mieście takich czekających na odkrycie miejsc jest mnóstwo, wystarczy jedynie zoboczyć trochę z obleganych szlaków.

Znalazłam kiedyś starą scenę teatru noh, przepiękna!


3. Struktura miasta
Miasto, w którym teraz mieszkam jest zaprojektowane dla samochodów, nie dla ludzi. A ja lubię chodzić, zaglądać, oglądać. Niestety chodzenie wąskim chodnikiem wzdłuż jezdni pełnej buczących i śmierdzących samochodów nie należy do przyjemnych.

4. Konibini i automaty na każdym kroku
Jaka to wygoda, gdy jak zachce ci się nagle pić, wiesz, że w ciągu 2 minut na pewno znajdziesz sklep lub automat z napojami. Albo gdy zmęczony po pracy wracasz do domu, nie masz siły nic przygotować do jedzenia, ale na szczęście za rogiem jest konibini, w którym kupisz świeżą salatkę/spagthetti/słodką bułkę/kotlet/kanapkę z jajkiem. A co jeśli niespodziewanie chłopak poprosi Cię byś została na noc, a ty nie masz szczoteczki do zębów, bielizny na zmiane, płynu do demakijażu? Ale za rogiem jest konbini, gdzie wszystkie te rzeczy sprzedają, uff! Ach, Family Marcie, Seven Eleven, Lawsonie, tęsknie za wami i waszą wszędobylskością!

5. Miejsca rozrywki i relaksu
Japończycy pracują dużo i ciężko. Ale jak już znajdą czas na zabawę i relaks, to miejsc gdzie można ten wolny czas spędzić jest od groma. W każdym i większym czy mniejszym mieście znajdziemy domy karaoke, wielopiętrowe salony gier, w których oprócz automatów dostępne są w ofercie również kręgle, ping-pong, billard, i inne, olbrzymie parki rozwyrki, przykryte i odkryte aquaparki i dużo, dużo więcej.

6. Sklepy stujenowe
Nawet nie wiecie jak bardzo się ucieszyliśmy, gdy w San Francisco natrafiliśmy na japońskich sklep stujenowy Daiso. Wszystko było w nim po 1,5 dolara, czyli dwa razy droższe, ale i tak się opłacało. W sklepach stujenowych nie wszystkie rzeczy są dobrej jakości i nie wszystkie działają jak trzeba. Ale mimo to, nawet jeśli połowa z zakupów będzie bublami, to i tak w ogólnym rozrachunku jesteśmy dużo do przodu. Gdyby nie małe walizke, które mieliśmy ze sobą w SF, to byśmy chyba pół sklepu wykupili.

7. Tanie sushi z supermarketu
Sushi z supermarketu nie jest dobre i wszyscy o tym wiedzą. A ja sushi lubię tak bardzo, że zjem każde, te z supermarketu, te za stujenów-talerzyk i te bardzo drogie. Mniam. I chociaż tutaj znajdzie się dobre sushi, to jednak tęksnie za moimi maguro rolkami, które kupowałam co tydzień w supermarkecie pod domem.

W czasie Setsubun sprzedawali tanio długie rolki sushi, które powinno się jeść bez słowa i z twarzą zwróconą w kierunku mającym w danym roku przynosić szczęście.


8. Japońska solidność
W Japonii jak powiedzą, że zadzwonią, to zadzwonią. Jak powiedzą, że przyjadą, to przyjadą. Jak założą internet, to będzie działać. Jak wynajmujesz mieszkanie, to masz pewność, że będzie odnowione i posprzątane. Ech...

9. Tsutaya
Tsutaya jest miejscem niezwykłym. Jest niezwykłą wypożyczalnia DVD i niezwykłą wypożyczalnią mang. A to dlatego, że w swojej ofercie ma również płyty CD. W większych sklepach znajdziecie wszystko, od najnowszych wydań japońskich artystów po dawne płyty z muzyką zagraniczną. I co każdy japończyk robi po przyjściu do domu? Kopiuje płyty i to jak najbardziej legalnie! Nic dziwnego, że piractwo w Japonii jest na tak niskim poziomie.

10. Festiwale
Japońskie festiwale mają w sobie coś magicznego. Po części dlatego, że większość osób ubiera się w yukaty, letnie wersje kimon. Podczas każdego wydarzenia pojawiają się także yatai, czyli specjalne budki z jedzeniem. Możemy wtedy skosztować yakisoby (smażony makaron z dodatkami), okonomiyaki (palcek z kapustą i dodatkami), kakikoori (kruszony lód z polewą), ogórków lub innych warzyw na patyku, bananów w czekoladzie i wiele wiele innych smakołyków. Do tego bez problemu na każdym stoisku dostaniemy piwo czy napoje bezalkoholowe. Takie festiwale to oczywiście nie tylko jedzenie i yukaty, ale także powód, dla którego się ono odbywa. Mogą to być sztuczne ognie, może to być festiwal maskotek (tzw. yuru kyara) albo tradycyjne obchody jakiegoś święta.

Okonomiyaki gotowe do spożycia!


Jak wam się podoba moja lista? Dajcie znać, jeśli byliście w Japonii, za czym wy tęsknicie. A jeśli nie byliście, to może chcielibyście, by któryś z tych punktów odnosił się do Polski?
30 maja 2015

1. Przejechać się sławnym Cable Car (ZROBIONE)
Cable cars to te wagoniki, które często widać na obrazkach czy zdjęciach z San Francisco. Jeżdżą tylko w 3 kierunkach i na dość krótkich trasach, za to jaka frajda, gdy jadą z górki! (nie spodziewajcie się, że pojadą szybko) Taka przyjemność jest jednak dość wysoko wyceniona (jak wszystko inne w tym mieście), za jednorazowy bilet trzeba zapłacić aż 6 dolarów! Jeżeli planujecie kilka podróży tego samego dnia, warto pomyśleć o bilecie dziennym za 13 dolarów.

2. Zwiedzić Alcatraz (ZROBIONE)
Do Alcatraz możemy dostać się jedynie statkiem po wykupieniu rejsu na wyspę. Płynąć wpław nie polecam, bo hipotermia gwarantowana, nawet w środku lata. Alcatraz było najbardziej rygorystycznym i strzeżonym więzieniem w USA i właśnie zimne prądy morskie i plotki o rzekomych rekinach-ludojadach skutecznie odstrasząły więźniów przed ucieczką. Oczywiście próby były i warto o nich posłuchać podczas około godzinnego programu z audiobookiem. Dodatkowo codziennie organizowane są dodatkowe programy z przewodnikiem, więc polecam zabrać ciepły sweter i skarpety, kanapki, wodę i zostać na wyspie trochę dłużej.
Bilety należy rezerwować najlepiej z minimum tygodniowym wyprzedzeniem. Nie zapominajmy także o ciepłym ubraniu! Ile kosztuje taka dwugodzinna przyjemność? Drobne 30 dolarów!


3. Przespacerować się Golden Gate Bridge
Tym razem niestety nie było mi dane przejść na drugą stronę sławnego mostu. Widziałam go jedynie z daleka, podczas wycieczki na Alcatraz. Udając się w stronę mostu warto wypożyczyć rowery w Fisherman's Wharf i popedałować wzdłuż morza, dalej przez most i zobaczyć kawałek parku po drugiej stronie.

4. Obejrzeć lwy morskie w Pier 39 (ZROBIONE)
Pier 39 (który znajduję się w Fisherman's Wharf) przypomina nasze nadmorskie miejscowości. Jest tam wszystko i nic. Znajdziecie tam m.in. restauracje, sklep z rzeczami dla leworękich, sklep ze skarpetkami, sklep z magicznymi sztuczkami, karuzelę, mini dom strachów i, czego u nas już nie ma, oczywiście lwy morskie. Lwy morskie, (ang. sea lions, prawidłowa polska nazwa to uchatka), to fokopodobne stworzenia, które przypłynęły do Pier 39 w styczniu 1990 roku i tak im się spodobało, że zostały. Są głośne, lubią wygrzewać się na słońcu i kłócić się spychając siebie nawzajem z podestów, na których śpią. I co najważniejsze, można je oglądać za darmo! Kilka ciekawostek: lwy morskie róźnią się od fok tym, że mają widoczne zzewnątrz uszy, a także potrafią używać przednich i tylnich płetw jak nóg; prawdopodobnie przeniosły się z drugiej strony półwyspu, gdzie były niepokojone przez wysokie fale i rekiny.


5. Odwiedzić market w San Francisco Bay (ZROBIONE)
Dawny port San Francisco został przebudowany i jest teraz domem dla przeróżnych sklepów i knajpek. Warto spróbować tam pysznej czekolady i orzeźwiających lodów. Z portu można także połynąć do na przykład Golden Gate Bridge. Uwaga na wszędobylskie i olbrzymie mewy!


6. Zwiedzić California Academy of Sciences
Sławne i olbrzymie muzeum z prawie wszystkim, o czym możesz sobie wymarzyć. Zamierzaliśmy tam pójść, ale szczerze mówiąc, wygórowana cena odstrasza, jeśli nie możesz przeznaczyć na to muzeum prawie całego dnia. Bilety dla dorosłych to 35 dolarów.

7. Zrobić zakupy w chińskiej dzielnicy (ZROBIONE)
Chińska dzielnica, w odróżnieniu od japońskiej, jest duża, głośna i tłoczna. Na parterze znajduje się ciąg sklepów, salonów usługowych i knajpek, a na piętrach malutkie mieszkania z bielizna powywieszaną w oknach (nie żartuje, widziałam damskie majtki więcej niż raz!). Ludzi tyle, że prawie trzeba się przepychać łokciami, ale za to produkty dużo tansze. Przykład? W normalnym supermarkecie za niecałe pół kilo czereśni zapłacimy około 5 dolarów. W chińskiej dzielnicy pięciokrotnie mniej!


8. Przejść się Lombard Street, ponoć najbardziej poskręcaną ulicą na świecie (ZROBIONE)
San Francisco to prawie same wzgórza i chodzenie po nim na piechotę przypomina mordęgę. Ale jest jedna taka ulica, która na pewnym odcinku jest tak stroma, że ulica po niej musi iść zygzakiem. Dzięki temu i wspaniałym kwiatowym rabatkom, miejsce to jest odwiedzane każdego dnia przez tłumy turystów. Niekótrzy się wspinają po biegnących wzdłuż schodach, inni schodza w dół lub ją fotografują od dołu/góry. Ci najodważniejsi natomiast próbują pokonać jej ostre zakręty samochodem. Szczerze mówiąc uliczka robi wyrażenie i urzeka swoim pięknem, ale tego typu zakręty na każdym kroku znajdziemy w Japonii. Pozostaje także współczuć ludziom, którzy mieszkają w willach przy tej ulicy.


I to wszystko, co warto według mnie zobaczyć w tym drogim, brudnym, ale urzekającym mieście. Dajcie znać jeżeli byliście w San Francisco i czy wam się podobało czy nie. Czy chcielibyście tam pojechać?