26 lipca 2012
Japonczykom lato kojarzy sie z morzem, zgrabnymi dziewczynami w bikini, upalami, swietem obon (japonskie swieto zmarlych), wakacjami, egzaminami, basenem itd (prawdziwe odpowiedzi moich znajomych). Mi ostatnio japonskie lato kojarzy sie z.... sola. Bo wszystkie slodycze nagle maja na opakowaniu wielkimi literami znak 塩, czyli sol!
Zaintrygowana takim stanem rzeczy zapytalam przelozonego w pracy, o co biega i tak jak podejrzewalam, latem czlowiek bardzo sie poci i traci sol, wiec by ja uzupelnic, trzeba jej wiecej spozywac. No i Japonczycy kochaja sol (pocic sie tez uwielbiaja, ale o tym innym razem). Nawet normalne maslo ciezko kupic. Na 10 rodzajow w supermarkecie 9 jest z dodatkiem soli.

Udalo mi sie nazbierac troche zdjec do kolekcji "jedzenie z sola", ale to i tak tylko jakis niewielki ulamek tego, co teraz mozna znalezc na sklepowych polkach.

Kulki KitKatowe o smaku migdalow z sola. Dla znajacych jezyk: gra slowna 夏のナッツ. Obecnie na rynku jest tez nowy letni smak KitKatow - lody waniliowe z sola. Zdjecie pozniej!

Ciasteczka z nadzieniem karmelowym z sola. Bez rewelacji.

Znowu firma Lotte i tym razem czekolada o smaku lodow waniliowych z sola. Zwyczajne.

Karmelki w czekoladzie z nuta soli. Rewelacyjne!

I na koniec moj faworyt. Tegoroczna Pepsi o smaku arbuza z sola (ponoc bardzo popularne polaczenie tutaj). Paskudny i absolutnie niepijalny!



22 lipca 2012
Chyba jeszcze nie opisywałam jak wygląda wizyta u fryzjera w Japonii, a że wczoraj po raz drugi miałam takową przyjemność, to chciałabym przedstawić relacje na świeżo. Niestety zdjęć nie mam, a to z tego powodu, że na wejściu do salonu zabierają mi (dosłownie) wszystkie moje rzeczy i oddają dopiero przy wyjściu.

Zaczynimy jednak od początku. Pierwszy raz do japońskiego fryzjera wybrałam się pod koniec marca tego roku i to z duszą na ramieniu, albowiem moje włosy w ogóle nie przypominają grubych i prostych włosów japonek. Wręcz przeciwnie - są cienkie, śliskie i podatne na układanie z tą drobną wadą, że tak samo poddają się wiatrowi, deszczowi i wilgoci co i moim stylizacjom. Ponieważ po pierwszej wizycie byłam zadowolona, to gdy przyszedł czas na kolejną, wybrałam się do tego samego stylisty.

Z racji, że mieszkam na wsi, to zrobienie rezerwacji na dzień przed nie był żadnym problemem (myślę, że nawet tego samego dnia rano też by mi się udało umówić). Jak już pisałam, na wejściu odbierają wszystkie rzeczy. Oczywiście na początku jest mycie głowy. Różnica polega jednak na tym, że połączone jest ono z masażem. Podczas zabiegu na nogi kładą zawsze kocyk, na szyję ręcznik, a na dekolt przyjemny w dotyku szal. Na twarzy za to ma się położoną zapachową (lub nie) bibułkę. Podejrzewam, że ma to ochronić makijaż klientki i pomóc jej się zrelaksować. W trakcie mycia głowy wielokrotnie byłam pytana, czy woda nie jest za gorąca, uciskanie nie jest zbyt mocne i czy na pewno wszystko w porządku.

Kolejnym zabiegiem była opcjonalna letnia promocja (za dodatkowe 300 jenów). Po przejściu na fotel fryzjerski została mi nałożona odżywka dająca przyjemne odczucie chłodu (miałam wrażenie, jakby mi ktoś przykładał lód do głowy, ale uczucie bardzo przyjemne), a następnie kolejny masaż głowy i tym razem także ramion. Dopiero po tym przyszedł stylista, który skonsultował ze mną najpierw dokładnie jaki typ fryzury chcę. Ponieważ obecnie włosy mam dość krótkie, to nie wiele dało się z nimi zrobić. Podczas gadki-szmatki w czasie strzyżenia mój stylista mi nawet zdradził, że jak zobaczył w kalendarzu, że dzisiaj przychodzę, to próbował się nauczyć paru słów po polsku, ale jednak okazało się to zbyt trudne. ;)

Po ścięciu było suszenie, poprawki, stylizacja i do domu. Dostaje rzeczy, płace, kłaniam się, wychodzę, kłaniam się i koniec. Oczywiście stylista, jak to w Japonii wypada, czekał i kłaniał mi się do momentu, aż całkowicie zniknęłam za drzwiami.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że w Japonii włosy tnie się na sucho, żeby klient od początku widział jak będzie wyglądała fryzura. W salonie, do którego chodzę, tak się nie robi, ale nie wiem jak to jest u innych fryzjerów. Nie chcę się za bardzo mądrzyć na ten temat.

Kończąc, z fryzury jestem zadowolona, włosy na głowie jeszcze mam i nie wyglądam jak dziecko wojny i rozpaczy. ;)
Dla ciekawskich strona mojego salonu fryzjerskiego:
-KEIZO-
17 lipca 2012
Kolejny raz japonska sluzba zdrowia zaskoczyla mnie bardzo pozytywnie.
Bylam dzisiaj rano w szpitalu by dostac pewien pilny lek. Niestety, przyszlam bez wczesniejszego zapisu, wiec trafilam na sam koniec kolejki i musialam czekac az cale pol godziny! ;)

Ale nie o tym chcialam. W Japonii wiekszosc lekow sprzedaje sie na miejscu, w szpitalu (a raczej placi sie za nie razem z oplata za wizyte i dostaje sie je w osobny okienku wydajacym leki). Tak sie zlozylo, ze cena mojego leku byla trudna do podliczenia i cala sytuacja juz sie przeciagala z 15 minut. Jakiez bylo moje zdziwnie, gdy uslyszalam, ze lek dostane teraz, a kwote bede mogla uiscic w odpowiednim dla mnie terminie a szpital bardzo przeprasza za klopot jaki sprawil. Dodam, ze lek tani nie jest i wcale mnie nie zmartwilo to, ze bede mogla zaplacic za niego podczas mojej nastepnej wizyty w przyszylym miesiacu.
13 czerwca 2012
(za jakość zdjęć przepraszam, ajfonowe)

O muzeum studia Ghibili pod Tokyo słyszało wielu zainteresowanych Japonia. Mało kto jednak wie, że w Nagoyi (trzecim co do wielkości miaście w Japonii) została zbudowana replika domu z Tonari-no Totoro. W końcu, na początku czerwca udało mi się wreszcie tam dotrzeć.

Do Nagoyi mam kawałek, około 1,5 godziny jazdy pociągiem, ale z racji, ze wybierałam się do tego miasta z innych powodów, nie pojechanie do domu Satsuki i Mei bylo by ogromnym błędem. Od centrum Nagoyi trochę się jedzie, bo około 40 minut, ale czym jest 40 minut w japońskim, klimatyzowanym pociągu. ;)

By dojść ze stacji do domu trzeba sporo przejść, można w prawdzie podjechać bezpłatnym busem, ale z racji tego, ze droga wiedzie przez park, a pogoda była piękna, szkoda by było zmarnować taką okazję na spacer. Jedynym problemem, jaki pojawił się w trakcie drogi do celu okazały się bilety, ponieważ od kwietnia tego roku obowiązywała wyłącznie ich przedsprzedaż. Okazało się jednak, że w dni mało oblężone przez zwiedzających zdarza się dostać takie bilety na miejscu i na szczęście tak się stało. Musieliśmy poczekać tylko 2 godziny na naszą kolej, ale czym jest te parę marnych godzin wobec Totoro! ;)

Sam dom położony jest w przepięknym ogrodzie w stylu japońskim (a to nowość ;D) z otaczającymi go wieloma atrakcjami dla najmłodszych, miejscem na piknik, pływalnią, i jeszcze długo by wymieniać (np. dwie stacje dalej jest muzeum Toyoty, w którym byłam w zeszłym roku :)).

Dom zwiedzać można przez 30 min i wyłącznie "w grupie", co polega tylko na tym, że jest się podzielonym na podgrupę A i B (odpowiednia literka napisana jest na kartoniku, który trzeba zawiesić na szyi), i jedni wchodzą na 15 minut do środka, a drudzy przez 15 minut oglądają dom z zewnątrz, a potem zmiana. Dom jest w pełni urządzony i wszystko można dotykać. Szuflady wypełnione są ubraniami, półki książkami, itd. Nie można jedynie korzystać z toalety i wchodzić na poddasze.

Widok z kładki dla pieszych



Pokój taty



Pokój taty cd.



Pokoje




Kuchnia, za ścianą była wanna, w której na filmie kąpią się dziewczynki z tatą. Niestety nie dało się zrobić zdjęcia.



Palmy!?


Całość niestety jest dużo mniejsza niż by się to wydawało z filmu (albo to tylko moje odczucie było).
Na koniec pytanie za 100 punktów - na filmie były palmy!?
Za namowa stworzylam strone bloga na fejsbuku (bede slawna, ohohohohoho ;)). Zapraszam do polubienia!