26 lutego 2016
Kilka(naście) dni temu wróciliśmy z Japonii. Było ciepło, było zimno, było fajnie, ale i męcząco. Co ciekawsze przeżycia, a było ich sporo, znajdą swoje miejsce na blogu. Od urodzenia Juniorki (nadaliśmy jej imię Sara, 沙良, ktoś pytał w komentarzach), stała się ona dużą częścią naszego życia i część notek będzie poświęcona jej. Tych, których okołodzieciowe tematy nie interesują, muszą mi wybaczyć.

Ponieważ nasza wyprawa zaczęła się od podróży, to od tego właśnie rozpocznę. Była to nasza pierwsza tak długa podróż z Juniorką, więc oczywiście byliśmy (a raczej ja byłam) pełna obaw. Ile pieluch mam wziąć? Jakie ubranka? Czy w samolocie będzie ciepło czy zimno? Czy mam wziąć lek przeciwgorączkowy? (3 dni przed wylotem zostaliśmy przyjęci do szpitala z powodu gorączki!) 
Bilet mieliśmy kupiony od linii United, za zawrotną cenę 2000 dolarów od osoby! (dwa tygodnie później ceny spadły o połowę....) Na szczęście Sara podróżowała za 10% tej ceny. Tutaj też nie obyło się bez przeszkód, bo rezerwując dla niej bilet, sprzedawca przez telefon zaśpiewał mi dodatkowe 600 dolarów...

Podróżujący z małym dzieckiem mają o tyle łatwiej, że są przepuszczani przez kontrole/check-iny/gate'y itd bez kolejki... eee... tylko, że nie w Stanach! Na szczęście Sara należy do tych dzieci grzecznie śpiących na zewnątrz. Do tego mieliśmy wózek aż do samego gate'u, więc jakoś dało radę. Lecieliśmy z przesiadką w San Francisco i na obydwu lotach pozwolono nam zabrać fotelik samochodowy (wpięty w stelaż może robić za wózek) i postawić na pustym siedzeniu obok. Poza tym niestety nie mogę powiedzieć nic dobrego o tych liniach lotniczych. Jedzenie smacznym nazwać się nie dało, samolot z SF do Tokyo był rupieciem, który nie posiadał osobistych monitorków dla pasażerów. W dodatku popsuł im się system rozrywkowy, ale nie wiem, czy i tak by go ktokolwiek oglądał. I nie wspominając już o tym, że w SF zgubili nam stelaż od wózka, co przysporzyło nam (a raczej mi, bo Luby jest zawsze opanowany) dużo stresu podczas przesiadki. Potem wózek się oczywiście znalazł, został nadany od razu do Narity... 

Sara w samolocie zachowywała się wzorowo. Pierwszy lot przespała, a drugi była bardzo spokojna i tylko raz chwilę zapłakała. I ku mojemu zdziwieniu nic sobie nie robiła z zatykających się uszu podczas startu i lądowania.


Ponieważ Juniorka karmiona wyłącznie piersią (poza naprawdę przymusowymi przypadkami), tak też karmiłam ją w samolocie, używając do tego specjalnego szala dla karmiących. Ale więcej na temat karmienia piersią publicznie w Japonii i w Stanach będzie w innej notce.

Po przylocie czekała nas jeszcze dwugodzinna podróż autobusem do Yokohamy, na szczęście odbyła się ona bez większych problemów (mniejszym problemem był fakt, że komórka została w walizce i nie mieliśmy jak zawiadomić mamy Lubego, o której ma nas odebrać z dworca).

Lot z powrotem do zupełnie inna bajka, a to dlatego, że lecieliśmy ANA, liniami japońskimi. Różnica była kolosalna. Zostaliśmy zczekowani w specjalnym miejscu dla rodzin z dziećmi i dla ludzi niepełmosprawnych. Tam zajęli się naszymi bagażami, który w drodze powrotnej mieliśmy oczywiście dużo więcej. Następnie kontrola osobista również bez kolejki. To samo było przy wsiadaniu do samolotu. Wózek pomógł mi złożyć personel i nie musiałam go tachać aż do wejścia do samolotu. I oczywiście czekał on na nas w Seattle. W dodatku jedna ze stewardess pomogła nam wnieść do samolotu torby i zapakować je na górę. Poratowało nas to, bo Luby dzień przed wylotem załatwił sobie biodra i nie mógł dźwigać dosłownie nic!

Jedzenie w samolocie? Rewelka. Do wyboru oczywiście danie z kuchni japońskiej lub zachodniej. Do tego lody znanej i drogiej marki na deser. Miejsca na nogi było znacznie więcej niż w samolocie linii United, nie wspominając już o tym, że środkowy rząd miał tylko trzy siedzenia, a nie cztery.

Na lotnisku w Seattle personel nie był już tak pomocny, ale za to obcy ludzie byli. I jak to musiało wyglądać - ja obładowana jak wół, z dzieckiem na piersi, a mąż z jedna torbą i walizeczką na kółkach!

Podsumowując - dało radę! Pytanie, czy latem dam radę ja, lecąc sama z Sarą do Polski. Trzymajcie za mnie kciuki!