30 maja 2015

1. Przejechać się sławnym Cable Car (ZROBIONE)
Cable cars to te wagoniki, które często widać na obrazkach czy zdjęciach z San Francisco. Jeżdżą tylko w 3 kierunkach i na dość krótkich trasach, za to jaka frajda, gdy jadą z górki! (nie spodziewajcie się, że pojadą szybko) Taka przyjemność jest jednak dość wysoko wyceniona (jak wszystko inne w tym mieście), za jednorazowy bilet trzeba zapłacić aż 6 dolarów! Jeżeli planujecie kilka podróży tego samego dnia, warto pomyśleć o bilecie dziennym za 13 dolarów.

2. Zwiedzić Alcatraz (ZROBIONE)
Do Alcatraz możemy dostać się jedynie statkiem po wykupieniu rejsu na wyspę. Płynąć wpław nie polecam, bo hipotermia gwarantowana, nawet w środku lata. Alcatraz było najbardziej rygorystycznym i strzeżonym więzieniem w USA i właśnie zimne prądy morskie i plotki o rzekomych rekinach-ludojadach skutecznie odstrasząły więźniów przed ucieczką. Oczywiście próby były i warto o nich posłuchać podczas około godzinnego programu z audiobookiem. Dodatkowo codziennie organizowane są dodatkowe programy z przewodnikiem, więc polecam zabrać ciepły sweter i skarpety, kanapki, wodę i zostać na wyspie trochę dłużej.
Bilety należy rezerwować najlepiej z minimum tygodniowym wyprzedzeniem. Nie zapominajmy także o ciepłym ubraniu! Ile kosztuje taka dwugodzinna przyjemność? Drobne 30 dolarów!


3. Przespacerować się Golden Gate Bridge
Tym razem niestety nie było mi dane przejść na drugą stronę sławnego mostu. Widziałam go jedynie z daleka, podczas wycieczki na Alcatraz. Udając się w stronę mostu warto wypożyczyć rowery w Fisherman's Wharf i popedałować wzdłuż morza, dalej przez most i zobaczyć kawałek parku po drugiej stronie.

4. Obejrzeć lwy morskie w Pier 39 (ZROBIONE)
Pier 39 (który znajduję się w Fisherman's Wharf) przypomina nasze nadmorskie miejscowości. Jest tam wszystko i nic. Znajdziecie tam m.in. restauracje, sklep z rzeczami dla leworękich, sklep ze skarpetkami, sklep z magicznymi sztuczkami, karuzelę, mini dom strachów i, czego u nas już nie ma, oczywiście lwy morskie. Lwy morskie, (ang. sea lions, prawidłowa polska nazwa to uchatka), to fokopodobne stworzenia, które przypłynęły do Pier 39 w styczniu 1990 roku i tak im się spodobało, że zostały. Są głośne, lubią wygrzewać się na słońcu i kłócić się spychając siebie nawzajem z podestów, na których śpią. I co najważniejsze, można je oglądać za darmo! Kilka ciekawostek: lwy morskie róźnią się od fok tym, że mają widoczne zzewnątrz uszy, a także potrafią używać przednich i tylnich płetw jak nóg; prawdopodobnie przeniosły się z drugiej strony półwyspu, gdzie były niepokojone przez wysokie fale i rekiny.


5. Odwiedzić market w San Francisco Bay (ZROBIONE)
Dawny port San Francisco został przebudowany i jest teraz domem dla przeróżnych sklepów i knajpek. Warto spróbować tam pysznej czekolady i orzeźwiających lodów. Z portu można także połynąć do na przykład Golden Gate Bridge. Uwaga na wszędobylskie i olbrzymie mewy!


6. Zwiedzić California Academy of Sciences
Sławne i olbrzymie muzeum z prawie wszystkim, o czym możesz sobie wymarzyć. Zamierzaliśmy tam pójść, ale szczerze mówiąc, wygórowana cena odstrasza, jeśli nie możesz przeznaczyć na to muzeum prawie całego dnia. Bilety dla dorosłych to 35 dolarów.

7. Zrobić zakupy w chińskiej dzielnicy (ZROBIONE)
Chińska dzielnica, w odróżnieniu od japońskiej, jest duża, głośna i tłoczna. Na parterze znajduje się ciąg sklepów, salonów usługowych i knajpek, a na piętrach malutkie mieszkania z bielizna powywieszaną w oknach (nie żartuje, widziałam damskie majtki więcej niż raz!). Ludzi tyle, że prawie trzeba się przepychać łokciami, ale za to produkty dużo tansze. Przykład? W normalnym supermarkecie za niecałe pół kilo czereśni zapłacimy około 5 dolarów. W chińskiej dzielnicy pięciokrotnie mniej!


8. Przejść się Lombard Street, ponoć najbardziej poskręcaną ulicą na świecie (ZROBIONE)
San Francisco to prawie same wzgórza i chodzenie po nim na piechotę przypomina mordęgę. Ale jest jedna taka ulica, która na pewnym odcinku jest tak stroma, że ulica po niej musi iść zygzakiem. Dzięki temu i wspaniałym kwiatowym rabatkom, miejsce to jest odwiedzane każdego dnia przez tłumy turystów. Niekótrzy się wspinają po biegnących wzdłuż schodach, inni schodza w dół lub ją fotografują od dołu/góry. Ci najodważniejsi natomiast próbują pokonać jej ostre zakręty samochodem. Szczerze mówiąc uliczka robi wyrażenie i urzeka swoim pięknem, ale tego typu zakręty na każdym kroku znajdziemy w Japonii. Pozostaje także współczuć ludziom, którzy mieszkają w willach przy tej ulicy.


I to wszystko, co warto według mnie zobaczyć w tym drogim, brudnym, ale urzekającym mieście. Dajcie znać jeżeli byliście w San Francisco i czy wam się podobało czy nie. Czy chcielibyście tam pojechać?
13 maja 2015
To jest post z serii "Kotobuki taisha".  Po więcej informacji zajrzyj do pierwszego posta.

W moim poprzednim poście z tej serii opisałam jakie były przygotowania panny młodej i jak ubierali mnie w ślubne kimono. W tym poście będzie o samej ceremonii.



Jak wspominałam, ubranie kimona, założenie peruki i nałożenie makijażu trwało kilka godzin. Ceremonia zaczynała się o 10:30, a my od 9 rano mieliśmy sesje zdjęciową w ogrodzie. Gdy wróciliśmy, część rodziny już była na miejscu. W ceremonii mógł wziąć udział każdy z zaproszonych gości, jednak była na niej głównie rodzina.

O godzinie 10 zaczynało się spotkanie z kapłanem, który miał nam wyjaśnić jak będzie przebiegała cała ceremonia. Było także przedstawienie rodzin, albowiem z racji położenia geograficznego nie mogło się ono odbyć wcześniej. Następnie Luby dostał od kapłana słowa przysięgi małżeńskiej, które po przeczytaniu kilkaktornym wetknął za pazuchę kimona. Na końcu przysięgi byłu napisane nasze imiona i mieliśmy je po przeczytaniu przez Lubego całej zawartości, kolejno głośno wymówić. Następnie kapłan wyjaśnił nam w jaki sposób będziemy składali ofiarę-gałązki bóstwu. Po krótkiej próbie nadszedł czas rozpoczęcia uroczystości.



Na korytarzu kapłanki miko (z odświętnymi ozdobami na głowach) ustawiły nas w dwuszeregu. Na początku stało dwóch kapłanów grających na tradycyjnych japońskich fletach - hichiriki i ryūteki

Poniżej możecie posłuchać jak te instrumenty brzmią: hichirki  to ten po prawej, a ryūteki to ten po lewej.


Następnie w szeregu ustawiły się dwie kapłanki miko, dalej ja i Luby (ja po lewej i Luby po prawej) a za nami nasze rodziny - tata, mama, brat, żona brata, siostra i tak dalej (w kolejności starszeństwa). Kapłanki zaprowadziły nas do małego źródełka na korytarzu, gdzie każdy kolejno oczyścił ręce i po ponownym ustawieniu w rzędy biliśmy gotowi do wymarszu.


Chram znajdował się w budynku obok, więc droga długa nie była. Szliśmy powoli, cały czas przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów. Po mojej lewej stronie szedł Luby, a po prawej pani do pomocy w chodzeniu, siadaniu, trzymaniu kimona itp. Był grudniowy poranek i dość chłodno, około 10 stopnii, ale mi w moim puchowym kimonie było wystarczająco ciepło.

W chramie usadzono nas na środku, frontem do ołtarza, a rodziców po bokach, twarzami w naszą stronę. I wtedy kapłanki ogłosciły rozpoczęcie ceremonii.


O samej ceremonii będzie w osobnym poście, na który nie będziecie musieli tak długo czekać jak na ten. Obiecuje! W między czasie dajcie znać jak wam się podoba tradycyjna muzyka japońska grana na fletach?
6 maja 2015
Zapewne wielu z as marzy o wyjeździe do Japonii. Niektórzy chcą pojechać na wakacje, inni na rok czy dwa, a pozostali chcieliby tam spedzić resztę życia. I o ile wyjazd na wakacje jest bardzo prosty - kupujesz bilet na samolot i lecisz, tak pozostałe dwie opcje już nie. 
Zwłaszcza młodzi ludzie, którzy stoją przed wyborem swojej scieżki życiowej, zastanawiają się, którędy pójść by w przyszłości móc naleźć pracę w Japonii. Ale czy dobry wybór jest taki oczywisty, jak się wydaje?



Bo jak do Japonii to na japonistykę!

Z około czterdziestu osób, które poznałam na roku moim i rok-dwa lata niżej, do Japonii na dłużej wyjechała.... trójka! Ale pal licho, prywatna uczelnia na niezbyt wysokim poziomie, więc może dlatego. Ale inny przykład.... inne studia japonistyczne, sławny na całą polskę uniwersytet ze sławną japonistyką i sławną kadrą. Na roku około trzydziestu osób, po studiach w zawodzie związanym z językiem japońskim pracuje... jedna czwarta absolwentów.
Można pomyśleć, ale jak to? Przecież mówią biegle po japońsku, na pewno są rozchytywani jako tłumacze! Niestety nie. A dlaczego?

1. Język uczony na studiach, a żywy język to zupełnie co innego.
   Na japonistyce nie uczysz się jedynie języka japońskiego, ale także kultury, historii, sztuki, zwyczajów. Brzmi fajnie? Ale to nie wszystko, trzeba także opanować klasyczny japoński, a wszystko to jest masą, ale to niewyobrażalną masą roboty. Wychodzi z uniwersytetu z dyplomem w ręku, wszystkie struktury gramatyczne mamy w jednym palcu, a obowiązkową listę około 2000 znaków kanji możem wyrecytować obudzony o drugiej w nocy. I co? I gucio! Bo to samo umie każdy z  76 milionów japończyków, który ukończył liceum. Oczywiście, my znamy jeszcze język polski, ale powiedzmy sobie szczerze, jak nikłe jest zapotrzebowanie na osoby mówice po japońsku i po polsku.
Dodatkowo, okazuje się, że gramatyka gramatyką, a język żywy, język mówiony to zupełnie co innego! Ciężko będzie nam porozmawiać swobodnie z kimś, nawet jeśli mamy zdany certifikat z japońskiego na poziomie N1, ale uczyliśmy się jedynie z książek. Bez długiego pobytu w Japonii języka niedoszlifujemy.

2. Nie mam żadnych innych kwalifikacji
   Studia japonistyczne pochłaniają bardzo dużo czasu. Zwłaszcza, jeśli chce się je skończyć z dobrym wynikiem. Zapomnijcie wtedy o swoich znajomych czy zainteresowaniach, bo po powrocie do domu czeka was codziennie kilkugodzinna nauka. Japonistyka równlolegle z innymi studiami? Prawie, że niemożliwe! Mówie prawie, bo są wybitne przypadki, którym to się udało. Lub które zwinnie manipulowały dziekankami. A bez równoległych studiów, czyli bez dodatkowego atutu, zawodu czy umiejętności, nie wyróżniamy się niczym na japońskim rynku pracy.

3. Ale przecież znam także biegle angielski/niemiecki i mam na to certifikat! 
   Niestety japończyków nie interesuje żaden certifikat, nawet jeśli podpisze go Królowa Brytyjska. Wprawdzie certifikat amerykańskie są bardziej poważane w Japonii (tam nikt nie słyszał o FCE, CAE czy CPE!), jednak o ile mogą zaimponować one pracodawcy, to nie zrobią dużego wrażenia na biurze immigracji. Nawet jeśli przedstawisz im dyplom z lingwistyki stosowanej z wyrożnieniem, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wiza tłumacza japońsko-angielskiego zostanie ci odmówiona. Dlaczego? Bo język angielski nie jest twoi ojczystym językiem, a po co mają zatrudniać tłumacza z języka obcego na język obcy, skoro mogą zatrudnić anglika czy amerykanina.

Jak nie japonistyka, to co?

Szczerze mówiąc opcji jest mnóstwo. Polecałabym na chwilę zapomnieć o Japonii i zastanowić się, jaką pracę by chciało się wykonywać będąc w Polsce i wybrać studia w tym kierunku. Chcesz zajmować się informatyką? Naucz się japońskiego na kursach językowych i jako specjalista IT szukaj pracy w Japonii! Biznes? Tak samo, zwłaszcza teraz potrzeba w Japonii menadżerów na rynki za granicą! Inżynierowie? Jeszcze niedawno były super stypendia do Japonii dla osób na tym kierunku studiów! Warto mieć jakikolwiek zawód w ręku, poza znajomością języka, by móc być konkurencyjnym na japońskim rynku pracy.
A dla kogo japonistyka? Dla pasjonatów, dla tych, co chcą pozostać na uniwersytecie i robić karierę naukową, dla tych, którzy chcą zostać dydaktykami lub badaczami tudzież tłumaczami, ale tutaj, w Polsce.

Uwaga studia medyczne!

Sprawa jest trudniejsza dla tych, którzy marzą by zostać dentysta, lekarzem, pielęgniarką w Japonii. Zawody medyczne (i inne zawody, na które potrzebne są licencje) są obstrzone różnymi ograniczenami. Niektóre nakazują ukończenie sześcioletnich studiów w Japonii, inne pozwalają na studia za granicą, o ile trwają tyle samo co te w Japonii. Ale na pewno będzie trzeba zdać trudny egzamin na licencję, po japońsku. A bez fachowego słownictwa - ani rusz.

Warto rozejrzeć się także za innymi opcjami, typu stypendia roczne lub półroczne. Na te można jechać nawet bez znajomości języka, i dotycz to zarówno studiów magisterskich jak i doktoranckich. Warto też skorzystać z nowopowstałej wizy, czyli working holiday visa. W tym roku Polska dołączyła do krajów, których obywatele mogą pojechać do Japonii na rok w celach zwiedzania i pracowania. Dodatkowo organizacje studenckie typu AIESEC oferują praktyki na całym świecie, w tym i w Japonii.

Pamiętajcie jednak przede wszystkim, że od wszystkiego zdarzają się wyjątki. Informatyk z biegłym japońskim nie zawsze znajdzie pracę, a jakimś cudem aplikacja tłumacza japońsko-angielskiego przeciśnie się przez biuro immigracji. Czasami warto się wcielić w japońskiego szefa i zastanowić, gdybym miał zatrudnić obcokrajowca, to co chciałbym, żeby umiał, lub jakie cechy chciałbym, żeby posiadał. Tylko bez oszukiwania! ;)